Najwyższa pora sięgnąć pamięcią wstecz do kwietnia, gdyż niewątpliwie w tym miesiącu miało miejsce baaaaaardzo dużo wydarzeń :)
Zaczęło się już od tego, że po powrocie z Paryża, w sobotę 02.04, byłyśmy z dziewczynami tak przyzyczajone spędzać dni i wieczory razem, że postanowiłyśmy już tu w Krakowie, na miejscu spotkać się u Sekułki :) Winko poszło, kalorie pospalałysmy śmiejąc się ciągle i ok 3 zakończyłyśmy babską imprezę :) Więc niedzielę zaczęłam w wyśmienitym humorze :)
Moja radość i euforia wzrosła, kiedy 03.04 dostałam odpowiedź od Tomka, że postanowił przystać na moją propozycję i towarzyszyć mi na ślubie Sekułki i Mateusza, rezygnując ym samym ze swojego rodzinnego wyjazdu na dłuugi weekend - kochany! :))
Tego dnia nie liczyło się już nic - byłam meeega szczęśliwa :) aż popołudniu razem z Kaś, Don, Izz i Maćkiem poszliśmy na wiosenny spacer :)
W tygodniu ciągle chodziłam to do pracy, to na zajęcia, to do pracy i na zajęcia ;) ale także na spinning z Gosią, czy na łyżwy z Amber :)
W środę, 06.04, po zajęciach podziałałam wspólnie z Natkką załatwiając sprawy w mieście: oddanie Kasi pendrive'a, tatuaż Natkki, moja sukienka na ślub - mam ją, mam ją, mam! :)
później wizyta na uczelni, a na koniec już w towarzystwie
Donci i Kaś - wizyta u
Izz (i
Franka ;P)
Na miłe zakończenie dnia Barcelona wygrała mecz z jakimś zespołem 5:1 ! :))
W
piątkowy wieczór, 08.04, miała miejsce niespodziankowa impreza powitalna
Jarka, który wrócił na stałe z Belgii :) Może nie byłam długo, ale fajnie było, miło! no i niespodzianka - co najważniejsze - się udała! :)
09.04 w sobotę, po wysprzątaniu całego domu, zrobieniu zakupów u
Jaśka w Decathlonie, pojechałam po
Natkkę, gdyż tego dnia miała mnie odwiedzić - czyli po prostu miałyśmy wypić jakieś wino, i pogadać pogadać i pogadać :) Po wspólnych zakupach w Bonarce, jak przyjechałyśmy do mnie i zaczęłyśmy gadać, tak skończyłyśmy dopiero ok 5 nad ranem - szaleństwo! :)
10.04 po odwiezieniu
Natkki na Grzegórzeckie, ja ruszyłam dalej na Wiosenne Przewietrzanie, które co prawda zaczęło się o 11:00 i to na Błoniach. Ale nic to.. w końcu udało mi się dotrzeć nad Bagry, gdzie byli jeszcze jacyś ludzie, m.in.:
Mawis, mój Brat i reszta znajomych Miska :) ale udało się nawet na jakieś pamiątkowe kameralne zdjęcie załapać ;P
Wieczorem, jako, że jeżdżenia Coltem najwyraźniej było mi mało, pojechałam z
Mamą na mszę do Dominikanów :)
12.04 we wtorek, po pracy, po spinningu z
Gosią, pojechałam na uczelnie na Wagabundę, na którą szłysmy razem z
Amber. A wszystko dlatego, że było o Islandii, a my przecież coś tam się uczyłysmy tegoż języka :) i dobrze, że pojechałam po fajnie było, a zdjęcia były nie-sa-mo-wi-te! :)
14.04 w czwartek, znów miał miejsce kolejny intensywny dzień. Najpeirw praca, szybki powrót do domku, spinning z
Gosią, a później łyżwy z
Amber - i jak się okazało także
jej kolegą Piotrkiem :) aaaaj pośmigaliśmy! :))
15.04, w piątek wieczorem, odbył się panieński
Sekułki - tak tak, to jej drugi panieński. Tym razem standardowo już w knajpie, w większym żeńskim gronie, z fachowym cateringiem :) Obowiązkowo z nas każda miała mieć obcasy - bez nich nie było wstępu ;)
Po powrocie z pracy i szybkim zrobieniu z
Mamą tiramisu, odstrzelona w małą czarną i obcasy pojechałam z
Tatą po
Kurkę. Zgarnęliśmy
Karolę wraz z kanapkami i pojechalismy na Rynek. W boom bar rushu elegancko się rozłożyłysmy, tiramisu poszło do lodówki, wszystko zostało przygotowane, nie pozstało nic innego jak czekać na pannę młodą i zaczynać zabawę :) Jak już przyszła, rozkręciłyśmy imprezę, polał się alkohol, kanapki poznikały, tiramisu też szybko poszło :)
Śmiesznie bo spotkałam przypadkiem
Precla, a z kolei
świadek Pana Młodego przyszedł do knajpy i w imieniu swoim i przyszłego męża - postawił nam flaszkę, żebyśmy się nadal tak dobrze bawiły :P no mistrzostwo! :) Jednak w Boom Bar rushu zabawiłyśmy tylko do 3, ale że nie miałyśmy jeszcze zamiaru kończyć tej imprezy to ruszyłyśmy dalej w drogę :)
Padło na Cień. Zostało nas też już tylko 6 chyba, ale nic to :) udało nam się - po chwilę trwającej dyskusji z selekcjonerem ;P - wejśc do środka i coś tam się nawet pobawić :)
Ale i tak największy fun miałyśmy już po wyjściu, kiedy to czekając na przyjazd taxówek, ubrałyśmy
Sekułkę w prezentynę! hell yeah! :) W domu byłam nad ranem, ok 5 czy 6 - ale zdecydowanie warto było! :D
18.04 w poniedziałek, po pracy, zajęciach, egzaminie, moja kochana
Amber ruszyła ze mną na poszukiwanie butów pasujących do mojej weselnej kreacji :) No i udało się! zakupiłam piękne jasne szpilki! hurra! :)
19.04 we wtorek, po pracy miał miejsce obiad (kolacja?) świateczna z Taxusem, firmowa znaczy się :) Standardowo pod Baranem, standardowo rybka, standardowo nawet spoko :P A wieczorem próbny make up weselny u
Donci ;P
20.04 w środę, z okazji świąt na uczelni były rektorskie dzięki czemu nie miałam zajęć, dzięki czemu z kolei, mogłam iść do pracy na całe 8h :) szybko po pracy skoczyłam dokupić sobie jasny żakiecik do mojej sukienki, a później na przedświąteczne spotkanie szlachty :P Najpierw z samym
Młodym poszliśmy na lody na Starowiślną i spacer nad Wisłę, a potem z Ronda Grunwaldzkiego zgarnęliśmy
Juszcza, Łapę i Sylwię i pojechaliśmy na Kurdwanów bo tam szlismy na pizzę i piwko do Extrimma :) Tam na miejscu dotarł do nas jeszcze
Maciek i Rafał. Brakowało tylko
Ani i Tomka.. no nic - może nasepnym razem uda się nam spotkać w pełnym składzie :) Mimo to, fajnie było :)
21.04 w czwartek, nie ma lekko - znowu praca. Nie dośc że na 7:30 to jeszcze z misją otwierania biura, to jeszcze tylko z
Jolą wśród teczek do uzupełniania. Ale jakoś nam zleciało te 8h i było nawet dość wesoło :)
Od razu po pracy wybrałam do Redemptorystów do świątecznej spowiedzi i fajnie bo znów udało mi się trafić na duszpasterza akademickiego siedzącego w konfesjonale :)
22.04, piątkowy dzień rozpoczęłam od wyprawy rowerowej. Razem z
Jaśkiem umówiliśmy sie na rekreacyjne smiganie. Tyyaa rekereacyjne. Ruszając spod siłowni w Swoszowicach, przejechaliśmy przez Kliny, potem Ruczaj, na Skałki Twardowskiego, gdzie obowiązkowo była jazda w terenie, potem Kapelanką do mostu Grunwaldzkiego i pod Wawel, Plantami, potem na Błonia i Salwator, następnie przez Park Dębnicki do Łagiewnik, Zakopianką, Kąpielową i do domu.. uuuf :) było męcząco, ale za to śmiesznie i bardzo pozytywnie :)
Nie mam pojęcia jakim cudem miałam jeszcze po powrocie siły na mycie balkonów, ale zrobiłam to :) I to tak szybko, że zdążyłam się jeszcze później poopalać, a potem jechać do Redemptorystów na msze, a na koniec dobiłam rolkami z
Miśkiem na Błoniach, gdzie w ogóle spotkałam
Potusia, który praktycznie we mnie wjechał :D Śmiesznie - jakiś taki długi ten dzień i dośc aktywny, ale lubimy tak! :)
23.04 w sobotę, typowo świątecznie pojechałam z
Mamą do święcenia, upiekłam sernik, zmieniłam sobie koła w samochodzie i w ogóle umyłam Colta, poopalałam się trochę, zrobiłam z
Mamą sałatkę gyros. Wieczorem spontanicznie przyjechał
Młody, pewnie na sernik ale też pogadać chwilę przy okazji :) a tuż przed snem oglądnęłam sobie film The Rebound, który polecam wszystkim! :)
24.04 niedziela wielkanocna tradycyjnie już spędzona w Tarnowie :)
25.04 lany poniedziałek spędzony na balkonie, potem z dziewczynami u
Izz, potem msza z
Donką w kościele Matki Boskiej Śnieżnej (nawet nie wiedziałam, że mamy taki kościół w Krakowie), a na wieczór niespodzianka - krótka rozmowa po latach z
Maćkiem Kwietniem :P
26.04 we wtorek, po pracy pojechałyśmy z
Gosią na spinning, a po nim szybka akcja, znowu niespodziankowa, z okazji wczorjaszych urodzin
Amber. Mało osób nas było, ale i tak się udało! preclowy tort- mistrzostwo, oraz siedzenie w milczeniu w Ciszy też bezcenne :))
27.04 środa - niby zwykły dzień, ale dla mnie taki mały debiut, gdyż po raz pierwszy wybrałam się do pracy na rowerku - hell yeah! :) aaaaa no i jeszcze tego dnia Barca wygrała z Realem 2:0 :P
28.04 czwartek - od tego dnia oficjalnie jestem w play, jakby ktoś coś chciał :P
Wieczorem, po pracy, spotkałam się pod pocztą z dawno nie widzianym już,
Tomaszem Si Ejcz :) zrobilismy sobie spacer nad Wisłą, gdzie spotkaliśmy
Łapę z Sylwią :) Fajnie było, bardzo :) na koniec odwiozłam go na jakąś imprezę pod koronę i wróciłam do domku :)
29.04 w piątek, wzięłam sobie wolne w pracy aby na spokojnie załatwić sprawy związane ze ślubem
Sekułki i Mateusza oraz jakoś się też zdążyć przygotować do niego :) Ostatnie zakupy niezbędnych rzeczy typu: kupony lotto, pończochy, kartka pamiątkowa i takie tam inne pokrewne :) Poza tym fryzjer, manicure - sami wiecie :D
No i
30.04 wielkie wydarzenie - ślub mojej najlepszej przyjaciółki, którą znam od dziecka. Bez kitu, czułam się trochę jakby to był mój własny ślub - śmiesznie :) Do Kościoła, pojechalismy z
Tomkiem wraz z
moimi rodzcami, którzy też postanowili się wybrać na tą uroczystość.
Po mszy i życzeniach, w ogormnej ulewie, jechaliśmy już z
Jarkiem i Anią w stronę Zielonego Dołu :)
aahh, samo wesele było mega! jedzenie pyszne, miejsce piękne,
tańce do rana! goście też super - sami najbliższi i znajomi praktycznie :)
Alkoholu też nam nie brakowało - chociaż niektórzy i bez niego śpiewali- taki np toast na rozpoczęcie wieczoru :P
ha! i polonez ok 4 nad ranem z najwytrwalszymi :P to było mistrzostwo :))
Razem z
Tomkiem, bylismy ostatnimi goścmi, którzy opuszczali Zielony Dół, ok 7 rano jakoś :)
Wracając usnęłam już w samochodzie, potem dokimałam u
Tomka i dopiero ok 11 przyjechał po mnie
tata, zawiózł do domu gdzie znów poszłam spać :)
Gdzieś w trakcie tego wesela zaczął się maj, ale o tym już będzie w następnej notce jakiejś :)
skomentuj (7)
Teraz, jak już jest po wszystkim, mogę śmiało wziąć się za opisywanie naszej wycieczki do Paryża:)
Niestety nie pamiętam kiedy dokładnie i w jakich okolicznościach (to był Sylwester?) zrodził się ten pomysł, ale pamiętam, że myśl ta została przyjęta z wielką aprobatą i entuzjazmem :)
Otóż, w piątkę, a w zasadzie szóstkę (bo gdyby Gosia nie byłaby we Włoszech to na pewno pojechałaby z nami) postanowiłyśmy urządzić naszej przyjaciółce Sekułce - najlepszy panieński ever ;)
Wszelkie działania były objęte ścisłą tajemnicą. Nawet kiedy podczas swoich urodzin, w połowie lutego, Sekułka nieśmiało zaczęła temat swojego wieczoru panieńskiego chąc nie chcąc musiałyśmy ją zbyć. Do dziś pamiętam naszą dyskretną wymianę spojrzeń kiedy mówiła nam, że w ramach kawalerskiego chłopaki już wymyślili i zabierają jej narzeczonego nad morze. A my? Najlepsze przyjaciółki? No coż.. stwierdziłyśmy wtedy, że jeszcze jest dużo czasu i na pewno zdążymy coś wymyśleć ;) A bilety były już kupione od 31 stycznia, hostel był już prawie znaleziony ;P
Oficjalną informację o zabookowaniu hostelu na termin 31.03 - 02.04 dostałam od Kurki 23 lutego :) wtedy też poznałam formę i sposób w jaki nasza panna młoda dowie się o wyjeździe :)
Mianowicie.. wraz z początkiem marca, panna Katarzyna znalazła w pokoju list o takiej oto treści:
***
Nasza
Droga Katarzyno,
Do wesela
już dni płyną,
Stan
cywilny pora zmienić,
Zaraz
musisz się ożenić!
***
Lecz jak
zwyczaj nakazuje
Panna
młoda też świętuje
I w
ostatnie dni wolności
Bawi do
nieprzytomności!
***
Z tej
okazji przyszła żona
Czuje się
dziś zaproszona
Na
ostatnie swoje party
I to
wcale nie są żarty!
***
Więcej
nic Ci nie powiemy,
Kilka
wskazówek dajemy:
W ostatni
czwartek miesiąca
Czeka
impreza gorąca.
Wcześniej
trzeba się przygotować
by do
soboty nic nie planować.
Zabrać ze
sobą również należy
Kilka
sztuk szałowej odzieży.
Gotowa
być musisz o pierwszej godzinie
Nie po
południu, lecz gdy północ minie.
Podróż na
noc jest zaplanowana
Gdyż
liczne atrakcje czekają od rana.
Relaks
dla ciała jest tam przewidziany
Jak również
tańce, wódka i szampany.
***
Wszystko
co musisz wiedzieć,
masz już
napisane.
Czego tu
nie widać,
nie
będzie powiedziane.
Zabronione
bezwzględnie
są
wszelkie pytania
Za każde
z nich Cię czeka
wielka
karna bania!
***
Dla kochanej Sekułki
- Twoje przyjaciółki
(wszelkie prawa zastrzeżone przez autorkę wiersza - Karolę ;P)
Niestety nie wiem, jak wielkie było jej zdumienie, ale podejrzewam, że na pewno się ucieszyła, że nie zapomniałyśmy sobie o niej ;)
Na niecałe dwa tygodnie przed wylotem, zorganizowałyśmy małe konspiracyjne spotkanie organizacyjne w Metropolitanie :) Podczas niego zostały ustalone najważniejsze rzeczy w bardzo ogólnym zarysie :) No i nie pozostało nam już nic innego jak tylko odliczać dni do 31 marca :)
Parę minut po północy, w
czwartek 31.03 wyjechałam z domu i udałam się prosto na Kliny skąd miałam zgarnąć Madzię :) Później, już obie, pojechałyśmy na Sobieskiego gdzie miała dotrzeć Kasia i skąd mój Brat miał nas zawieźć na lotnisko do Katowic :) Bo panna młoda, jej świadkowa - Kurka oraz Owieczka miały dotrzeć na miejsce drugim samochodem.
Śmiesznie w sumie, bo to już drugi panieński w naszym gronie i drugi, na którym mój Brat ma ważne zadanie do wykonania :D
W każdym bądź razie, wracając do naszej wyprawy na podbój Paryża, to już o 4 musiałyśmy być w Katowicach, jako, że samolot startował o 6:10 :)
Gdy spotkałyśmy się na miejscu, mimo wczesnej pory, dało się odczuć podekscytowanie. W końcu nasza panna młoda, mimo, iż wiedziała już, że gdzieś będziemy lecieć, nie miała pojęcia, jaki jest nasz cel. Ależ była wielka radośc, jak otrzymała swój bilet i zoabczyła napis: PARYŻ! :)) Ja się przyznam, że też byłam podekscytowana - w końcu to miał być mój pierwszy lot samolotem :)
Zanim pożegnałyśmy się z Miśkiem, nastąpiło małe przepakowanie bagażu Sekułki i ruszyłyśmy na odprawę :) Po 6 samolot wystartował i po 2 godzinach już byłyśmy na miejscu. Szybko zakupiłyśmy bilet do autobusu, który miał nas zawieźć z Paryża Beauvais gdzieś do centrum miasta, abyśmy mogły się dostać do naszego hostelu :)
Udało się wszystko i to bez większego problemu. No dobra, może miałyśmy mały problem z biletami do metra, ale w końcu udało nam się zakupić bilety na 10 przejazdów (czyli plik 60 biletów :P), do których dostałyśmy też mapki Paryża i linii metra i autobusów :)
Nasz hostel, mieszczący się tuż obok końcowej stacji metra linii nr 4, nie był może jakiś wypasiony i duży, ale miał ten plus, że był w sąsiedztwie Mc'a i sklepików spożywczych :)
Od razu co zrobiłyśmy po zakwaterowaniu się to kawa z Mc'a, jakieś świeże bagietki i śniadanie + obczajanie planu na resztę naszego pierwszego dnia pobytu w stolicy Francji :)
Padło na Katedre Notre Dame i jej okolice, gdzie chwilę zabawiłyśmy,
most Pont Neuf i jakiś inny z kłódkami,
Moulin Rouge
i Muzeum Erotyzmu - w końcu panieński to panieński :P,
oraz Bazylikę Sacré-Cœur na szczycie wzgórza Montmartre :)
Wracając udało nam się zrobić jakieś zakupy żywieniowe i zrobiłyśmy sobie małą ucztę w pokoju :) Gadałyśmy, piłyśmy, gadałyśmy, jadłyśmy chyba do rana - nie pamiętam dokładnie, ale na pewno długo nie spałyśmy :)
Po przebudzeniu, śniadanku, kawie ruszyłyśmy na dalszy podbój. Tym razem postanowiłyśmy zacząć od Luwru :)
Obleciałyśmy to co chciałyśmy w jakieś 2,5h chyba,
odpoczywając przy Marii Magdalenie, gdzie o dziwo, szybko skończył nam się sprite a rozmowy toczyły się na przeróżne tematy ;)
Na terenie ogrodów Tuileries postanowiłyśmy zrobić dłuższą przerwę na drugie śniadanie: bagietki, camemberty i wino :)
Nabrawszy sił, ruszyłyśmy w dalszą drogę - Polami Elizejskimi, pod Łuk Triumfalny, a następnie na Wieżę Eiffel'a :)
Widoki były niesamowite, opłacało się stać w kolejkach :)
Wracając, w ostatniej chwili udało nam się dotrzeć do jakiegoś Cerfa tuż przed jego zamknięciem, żeby zrobić zakupy na kolacje i śniadanie :) a w pokoju co? znowu drinkowanie i pogaduchy do rana. Z tą tylko różnicą, że spałyśmy jeszcze krócej - właściwie dużo krócej, bo już ok 7:30 musiałyśmy być na lotnisku w Beauvais :) Ale co to dla nas.. wyszłyśmy z hostelu po 5, dojechałyśmy metrem do centrum, złapałyśmy autobus na lotnisko i jeszcze miałyśmy kupę czasu do odprawy :)
Ok 9:30 samolot wystartował i już wracałyśmy do Krakowa.
Było super! naprawdę mega! :) Ciekawa jestem, co wymyślimy na kolejny panieński - a następny ślub, Madzi, już za rok - w kwietniu 2012 :)
skomentuj (2)
Jako, że przyszło mi do nadrobienia pół roku niepisania to postaram się ścieśniać i pomijać pewne rzeczy, albo inaczej - nie rozpisywać się zbytnio o pierdołach, chociaż to mi czasem nawet nieźle wychodzi :)
Wraz z nadejściem marca postanowiłam zacząć działać z moja pracą magisterską i założyłam jej plik na kompie - dziękuję! :)
Ponadto wciąż chodziłam na zajęcia i do pracy, albo raczej do pracy i na zajęcia. Na jakieś imprezy też od czasu do czasu - gdyby tak nie było, nie byłabym sobą, nie przesadzajmy zatem! :)
03.03 w czwartek był tłusty czwartek. Zaczęło się grzecznie - tylko 2 pączki w pracy :)
Wieczorem na Baby Shower u Izz poszły kolejne (już nie pamiętam ile dokładnie), a wraz z nimi chrust, piccolo i co ważniejsze konkurs dotyczący przyszłej Mamy no i nienarodzonego jeszcze Franka :) Dobrze, że startowałyśmy w nim tylko Don, Kaś i ja,
dzięki czemu załapałam się na najniższe miejsce na podium ;P
Fajnie było, śmiesznie bardzo i smacznie także :)
Po Baby Shower, udałam się prosto na kolejną imprezę- na szczęście zupełnie niedaleko bo do Fahion Time, gdzie było połączenie karnawału, ostatków i urodzin w jednym :) Urodziny Sekułki i jakiejś jej koleżanki :) Nas, jak zwykle pojawiła się spora ekipa :) i fajnie było :) Tzn no, do czasu, dopóki nie spotkałam jednego znajomego z liceum i dopóki nerwy i emocje nie wzięły góry u niektorych..
No coz.. troche trwalo zanim oboje z Damianem ochlonelismy ale jakos sie uspokoilo.
Jedyny zonk, że nastepnego dnia zaspalam do pracy, ale.. zostalo mi to wybaczone :)
Całe szczęście, że miałam siłę jeszcze kręcić na spinningu, na którym byłam z Gosią, bo czuje, że inaczej byłoby kiepsko ;)
05.03 w sobotę, po idealnym wypucowaniu Colta razem z Bartkiem i Damianem pojechaliśmy do Hali Wisły na koncert Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze :) miała być jeszcze Natkka, ale bidulka zachorowała :( a koncert i w ogóle cały występ był meeega! naprawdę, nie spodziewałam się, że będę zachwycona ludowymi pieśniami i tańcami, a tu proszę bardzo :) Po występie, pojechaliśmy z Damianem do niego i oglądnęliśmy sobie Black Swan :)
06.03 w niedzielę rano, wymyśliliśmy z Damianem spontaniczny wyjazd. Bęskid Śląski. Do Tresnej. W górki :) i tak też zrobiliśmy - zebraliśmy się dość szybko i po niedługiej jeździe byliśmy już na miejscu. Wystartowaliśmy i już za jakiś czas zdobyliśmy Kościelec (1019 m n.p.m.)
i Jaworzynę (1020 m n.p.pm.).
Wysoko to może bardzo nie było, ale widoki były boskie :)
Wracając zahaczyliśmy do jakiegoś zajazdu na obiad i do Wadowic na mszę :) po czym zadowoleni wróciliśmy do Krakowa :)
Następnego dnia spędziłam 4h w pracy, potem 4,6 na uczelni, a wieczorem jeszcze przez 4,5h siedziałam z Młodym nad jego ekonometrią :)
08.03 we wtorek, w Dzień Kobiet, po zajęciach, Damian zabrał mnie na spacer :) szliśmy sobie z uczelni przed siebie aż dotarliśmy na Starowiślną :) a jako, że jeszcze nie było lodów to zadowoliliśmy się pączkami stamtąd. Wcięliśmy je raz dwa, nim zdążylismy nawet dotrzeć do kładki :) W okolicach kładki - niespodzianka :) Telefon od Brata i jego szybkie podjechanie tam, wręczenie mi tulipanka i złożenie życzeń i .. w sumie tyle :)) szybko, miło, a przede wszystkim niespodziewanie :)
Ale i Damian miał dla mnie mał upominek - poza pączkami dostałam lizaka i czekoladki :)
Wieczorem z okazji kobiecego święta wybrałam się z Mamą do Park Innu na jakąś konferencję. Wysiedziałyśmy tam 2h, a jak gość, w towarzystwie 100 kobiet opowiedział krótki kawał: "Dlaczego kobiety żyją dłużej? Bo nie mają żon", to bez oporów wyszłyśmy - podobnie zresztą jak i inne babeczki :)
Na szczęście wieczór nie został całkowicie zmarnowany :) Barcelona wygrała 3:1 z Arsenalem - woo hoo! :))
09.03 w środę po zajęciach, razem z Amber poszłyśmy do Dominikanów na mszę z racji Środy Popielcowej, a później już sama wybrałam się do fryzjera :) i to nie na podcięcie samych końcówek, ale jednak trochę dłuższej części włosów - a co tam! :)
Wieczorem jeszcze naszło mnie na zrobienie porządków i oglądnięcie sobie "40 dni i 40 nocy" :)
Czwartek, 10.03, był bardzo aktywnym dniem. Najpierw 8h pracy, potem godzinny spinning z Gosią, a później jeszcze 1,5h na łyżwach z Amber :) da się? da się! :)
11.03 w piątek po pracy, razem z Damianem wybraliśmy się do kina na Salę Samobójców - mocny film, to trzeba przyznać.
Sobota, 12.03 zaczęła się nie tak jak powinna. Najpierw okazało się, że nigdzie nie idziemy z Sekułką aktywnie podziałać, potem musiałam jechać do wulkanizatora, potem się jeszcze telefonicznie posprzeczałam z Damianem. No ale stwierdziłam, że kij. Tylko pół dnia było takie, że mamy jeszcze drugie pół dnia i że musi być lepiej :) poniekąd było :)
Najpierw spotkanie z Kaś i Don (i Oskarem) w Pergaminie i pogaduchy, pogaduchy, pogaduchy :) Następnie urodziny Borsa w Tfojej Starej i masa, masa znajomych z liceum :) dawno nie widzianych swoją drogą :) na widok niektórych, naprawdę można było odnieść wrażenie, że znów ma się te naście lat i jest się w liceum :) piękna sprawa! :)
No ale niestety, nie mogłam tam posiedzieć zbyt długo, gdyż tego wieczoru miałam jeszcze jedną imprezę - tym razem urodziny Bartka - też z liceum co prawda, ale już z klasy :) Razem z Damianem przekroczyliśmy próg Ulicy Krokodyli, gdzie było juz duuuuuuuuużo ludzi :) No i zaczęło się świętowanie, piwkowanie, drinkowanie, rozmowy, roszady, znowu rozmowy, prezenty itd :) I było super, naprawdę było super! ale niestety, znowu do czasu!
Wyszła jakaś pierdoła, za długie żegnanie się z najlepszym kumplem z klasy (?) i już awantura. Moja psychika nie wytrzymała - powiedziała dość! Siedliśmy z Damianem przy stoliku obok i zaczęliśmy rozmawiać. Może nie była to zwyczajna spokojna rozmowa, bo oboje byliśmy podenerwowani, coś tam też wypiliśmy, ale efektem tej rozmowy było zakończenie naszego prawie 3 letniego związku i zdecydowane wyjście Damiana z knajpy. Ja mogę jedynie podziękować moim kolegom i koleżankom za zajęcie się mną, rozmawianie o pierdołach, przeróżne drinki, opiekę i odwiezienie do domu :)
W niedzielę miałam takiego kaca, że hej! i czułam się okropnie, ale tylko fizycznie. Psychicznie było ze mną ok. Niestety samopoczucie nie pozwoliło na pójście na kocert Happysadu,. na który zresztą miałam zakupiony bilet - cóż.. trudno :( Za to nadrobiłam sobie parę odcinków mojego ulubionego serialu One Tree Hill :)
W poniedziałek, 14.03, po pracy, zajęciach na uczelni, sałatcegreckiej z Zakątka, spacerze z Amber nad Wisłą wybrałam się na rekolekcje do Dominikanów - pomogły :)
Następne dni to już same wieczorne spotkania.
We wtorek, 15.03, po zajęciach i pracy i spinningu z Gosią - spotkanie z Don i Kaś w Tajemniczym Ogrodzie na Kazimierzu i mega smiechawa, naprawdę! dawno takiej nie było :)
W środę, z kolei spotkanie z Grześkiem w Satori - też na Kazimierzu :) gorąca herbata i pogaduchy do 21 :) i równie fajnie :)
Czwartek, jak to w marcu bywało, był aktywnym czwartkiem :) Po południu spinning z Gosią, spotkanie Donci i Kaś, które szły na zajęcia po nas, a później łyżwy z Amber i Przemkiem :) a po łyżwach jeszcze piwo w Omercie i też przefajnie :)
W piątek z kolei sptokanie kosnpiracyjne z dziewczynami :) i obmyślanie szczegółów dotyczących wieczoru panieńskiego Sekułki ;)
W sobotę, 19.03, przyjechała do nas rodzinka z Tarnowa :) Babcia, Ciocia, dzieciaki - wszyscy :) Nastąpiło wspólne zwiedzanie Łagiewnik, załapanie się tam na Mszę, a później obiad u nas :)
Wieczorkiem jak już pojechali do Tarnowa, w związku ze spotnaniczną akcją Amber, szybko się zebrałam i już jechałam na miasteczko AGH :) Okazało się, że Amberek kochany wyciągnął mnie na Stand-Up grupy Ad Hoc w Gwarku :) i cieszę się, że to zrobiła i że dałam się skusić. Panowie okazali się rewelacyjni, popłakałam się ze śmiechu, a najlepsze było na koniec, bo jak wychodziłyśmy to nam podziękowali za przyjście siedząc przy stoliku obok :))
W niedzielę, 20.03, już udało nam się z Sekułką wybrać gdzieś i poruszać. Padło na Aqua Park i LatinParty w nim :) naprawdę nastroiło mnie to mega pozytywnie - i wymęczyło chyba jeszcze bardziej :)
A wieczorem jeszcze spotkałam się z Kaś i Don na kawce w Bonarce :)
W poniedziałek wieczorem, zaczęłam aktywne poszukiwanie partnera na ślub Sekułki i Mateusza. No i coż.. pierwsza próba i pierwszy kandydat okazały się nieudane. Trudno.. szukamy dalej! :)
We wtorek, 22.03, po jednych ćwiczeniach i odwiedzeniu Mawis w pracy, poszłam do Sekułki odebrać swoje nowe zaproszenie na ślub :) później wróciłam na uczelnie, gdyż koleżanka z pracy była jedną z organizatorek konkursu o wdzięcznej nazwie INVENTURniej :) posiedziałam, posłuchałam, wygrałam koszulkę Radiofonii :)
a wracając do domu zostałam zaczepiona w tramwaju nr 9 przez kolesia, któremu wpadła w oko książka, któa miałam w ręce na temat skutecznego wywierania wpływu na innych :) śmiesznie :)
Na koniec dnia wybrałam się z Gosią na spinning i było fajnie mimo dwa razy puszczonego kawałka "Ain't no sunshine.." :) a później jeszcze do Sylwii na pogaduchy :) i wyszłam bogatsza o spodnie i bluzkę od niej :))
23.03 w środę, po zajęciach spotkałam się z Anią :) tradycyjnie poszłyśmy do Spokoju gdzie piwo lało się kolorowymi (bo z różnymi sokami) strumieniami i gadałyśmy i gadałyśmy i gadałyśmy :)
aż w końcu trzeba było się rozstać :(
Ja powędrowałam do Miśka, u którego zjadłam sobie zamówione przez nas sushi :)
A potem ruszyłam na uczelnie na mecz Elitesek w 1,8 finału :) spotkałam Polsona i też fajnie pogadaliśmy :)
Czwartek to standardowo już praca, wieczorny spinning, ale tym razem nie z Gosią, ale z Kaś i Don, a później łyżwy z Amber :)
W piątek po pracy miał być basen z Sylwią, ale wyszło jak wyszło, że poszłyśmy na frytki do Mc'a i kawę do Coffee Heaven :) pospalamy to innym razem ;P
I w ogóle Polarek dziś przyjechał do Polski - hurra! :))
27.03 w niedzielę postanowiłam się troszkę poopalać i zebrać pierwsze piegi - najwyższa pora! w końcu mamy już wiosnę! :)
Wieczorem natomiast, miało miejsce kolejne podejście w sprawie szukania partnera na ślub :) padło na Tomka :) Podjechałam, weszłam do mieszkanka, przedastawiłam propozycję i co? i nic! nie wiaodmo ;) Tomek ma wtedy jakiś wyjazd z rodzinką na długi weekend majowy i nie wie czy da się coś zrobić bo już wszystko ponoć załatwione. No cóż.. ustaliliśmy, że da mi odpowiedź za tydzień :)
W miarę z siebie zadowolona pojechałam do Kościoła do Dominikanów, gdzie akurat zaczynały się rekolekcje dla studnetów :)
28.03 w poniedziałek, po pracy w końcu udało mi się umówić z Polarkiem :) Spotkalismy się pod Sheratonem, zrobiliśmy sobie porządny spacer wzdłuż Wisły, kładką pod koronę, tam miała miejsce przerwa na Zapiekanki, potem znów wzdłuż Wisły na Starowiślną i na lody, potem dalej wzdłuż Wisły i na kawę na barce, potem do samochodu już i na plac wszystkich św. gdzie zostałam podwieziona :) Ale super było. Przez te 3h może nie zdążyliśmy się porządnie nagadać, ale zawsze coś tam nadrobiliśmy, posmialiśmy się sporo, trochę też powspominalismy :) ha! nawet mamy wspólne pamiątkowe zdjęcie na kładce ;)
Po tym spotkaniu, ja jeszcze wybrałam się na rekolekcje dla studentów do Dominikanów gdzie ksiądz Malina po prostu przechodził samego siebie :)
29.03 we wtorek, po pracy, znowu spinning z Gosią, a później jeszcze dodatkowo rekolekcje u Dominikanów z Maliną - w towarzystwie Amber i Gosi :) i fajnie, bardzio fajnie, coraz fajniej! :)
30.03 w środę, byłam w pracy po raz ostatni, gdyż od czwartku miałam już weekend. Długi weekend. Szalony weekend :) weekend, którego opis znajdzie się w kolejnej notce :)
skomentuj (0)
Lutowo 2011-03-05 20:11:24
Muszę przyznać, że najkrótszy miesiąc roku zaczął się dość etycznie, moralnie, odpowiedzialnie i takie tam. A to wszystko za sprawą egzaminu ustnego z etyki biznesu i mojej pilnej nauki do niego :)
Dokładnie 02.02 w środę po południu, właściwie już prawie wieczorem bo przed 18 ładnie odpowiedziałam na wszystkie zadane pytania i wyszłam z 4.5 w indeksie. Powiedzmy, że później w ramach małego świętowania (bezalkoholowego) pojechałąm na Mazowiecką spotkać się z Grześkiem :) Fajnie pogadaliśmy, a ja przed 22 wróciłam do domku.
Następnego dnia nastąpił mój posesyjny powrót do pracy. A tam co? Od razu fucha wysyłania na 2 faksy :) Jednak byłam dzielna i podołałam! A po 8h tej jakże ciężkiej pracy jechałam już na Grzegórzki. Najpierw do Sekułki na pyszną zupę, a później już razem na łyżwy pod Halę Targową :) Pośmigałysmy tak, że ni hu hu :) no i pogadałyśmy sobie przy tym obowiązkowo - a jakże! :)
04.02 w piątek, po paru godzinach pracy, wynikach z egzaminu z prawa (ufff 3.0 jest) wybraliśmy się z Damianem do AquaParku na basen. Coś tam popływaliśmy, poodbijaliśmy sobie w siatkę, a później poszliśmy do Dominium na pizzę :) Bardzo fajnie i sympatycznie było.
Wieczorem jeszcze pojechałam do Izz, gdzie wszystkie cztery: Kaś, Don, Izz i ja miałyśmy mieć babski wieczór :) no i był :)
A w sobotę, 05.02 o 18:00 na hali sportowej na uczelni AZS Eliteski Skawa grały z jakąś drużyną, którą rozgromiły 3:0 w setach :) I mecz ledwo się rozpoczął i już się skończył, więc zdążyliśmy jeszcze z Damianem pojechać do niego, oglądnąć parę odcinków Whose Line Is It anyway? i już jechaliśmy na Rynek, gdzie w Błędnym Kole Młody organizował swoje 24 urodziny :)
Fajnie było. Sporo się nas spotkało,
pogadaliśmy, popiliśmy, potańczyliśmy :)
I jakieś zdjęcia też są!
Jak na fakt, że nic nie piłam - bardzo mi się podobało :) Na koniec jak już się zbieraliśmy to zaczęły się nieśmieszne dla wszystkich żarty i akcje. No, ale tak to widocznie bywa jak się ma odwozić 4 chłopaków do domów :) Czy 3 bo nagle jeden z nich zrezygnował z transportu, mimo, iż miał go obiecanego :) A później w trakcie odwożenia reszty osób dzwonił, że ktoś tam coś chciał od niego i że tel mu rozwalili... Cóż miałam zrobić? Wysadziłam 2, którzy pozostali i pojechałam sprawdzić czy z tamtym wszystko w porządku. Zajechałam, pogadaliśmy w samochodzie prawie do 5 (czyli dobre 3h), po czym na koniec dowiedziałam się, że nikt nic od niego nie chciał, a telefonem sam rzucił o ziemię bo był zły na mnie.. yyy - no comment!
Pamiętam, że w niedzielę po przebudzeniu się, nie dość, że nie byłam w stanie porobić nic konstruktywnego to jeszcze nie mogłam uwierzyć w to co się stało :/ (albo odwrotnie)
07.02 w poniedziałek na szczęście humor mi się poprawił, bo na egzaminie z PiSu okazało się, że koleś jednak uwzględnił listę, którą puścił raz jeden na wykładzie i przepisał osobom znajdującym się na niej, ocenę z ćw :) Dzięki temu mam 4,5 z PiSu bez pisania - woo hoo! szaleństwo :)
08.02 we wtorek - kolejny egzamin - tyle, że tu na szczęście pytania mi siadły :)
10.02 w czwartek - ostatni egzamin. A po południu łyżwy z Damianem pod Halą. Po nich spacer na Kazimierz, zapiekanki od Endziora i powrót do domku.
11.02 w piątek po pracy pojechałam na umówione od dawna spotkanie z Sylwią :) miało być krótkie, ale wyszło jak wyszło, że potrwało aż do 22 jakoś :) I znów pożyczyłam od niej książkę, tym razem "Wywieranie wpływu na innych" - zapowiada się ciekawie :)
W sobotę po południu wybrałam się do Damiana, gdzie oglądnęliśmy sobie Mr Nobody, a po powrocie do domku oglądnęłam sobie jeszcze 7 Pounds przy winku, oliwkach i camembercie - bo tak najlepiej :)
13.02 w niedzielę, znów wybrałam się z Mamą do Tarnowa i znów wyszło, że było to babskie spotkanie. Po powrocie udało mi się w końcu dotrzeć do Dominikanów na 19stkę, a zaraz po niej odwiedziłam Tfoją Starą, gdzie odbywał się koncert ClockMachine, zespołu, w którym gra brat Damiana. Fajnie grali chłopaki :)
14.02, po powrocie z pracy zostałam wieczorem mile zaskoczona. Przyjechał Damian z różą, winkiem, sushi i bagietkami :) Włączylismy sobie Charliego St. Cloud i spędziliśmy b. miły wieczór - jak na Walentynki przystało :)
16.02 w środę po pracy, spontanicznie wybrałam się z Miśkiem do Czeladzi. Nie bardzo wiem po co dokładnie, ale wróciliśmy z dwoma parami butów :)
17.02 w czwartek, wielka misja w pracy. Otwieranie biura i pół dnia jako koordynator pracy swojej i dwóch najmłodszych stażem koleżanek. Na szczęście tylko do południa - na szczęście, bo jak już ok południa wróciła inna koleżanka to u mnie nastąpił wielki spadek formy - dostałam tak bolesny okres, że musiałam trochę poleżeć na biurowej kanapie :) Po 1,5h ból jednak ustał i wróciłam do siebie (i do pracy :P). Niestety, wszystkie popołudniowe i wieczorne plany wzięły w łeb :(
18.02 w piątek z samego rana źle zaczął się mój dzień - jadąc samochodem do pracy wpadłam w mały poślizg i zrobiłam 180 stopni - na szczęście nic się nie stało, ale uwierzcie, że obudziłam się momentalnie :) Za to po pracy, w ramach relaksu udałam się na zabieg SPA, który wygrałam w małym konkursie Le premier. Mmm.. i taki jeden zabieg sprawił, że cały mój dzień był już do samego końca jak najbardziej udany :)
W sobotę wieczorem, razem z ludźmi z klasy spotkalismy się u Rafała, aby świętować jego świeżo obroniony tytuł INŻYNIERA! wielkie gratulacje w tym miejscu :) Było przefajnie. Coś tam pilismy, jedliśmy. Śmiechu też było sporo. Panowie (głównie) grali na Play Station Move i generalnie jakoś chyba aż do 2 posiedzieliśmy z Damianem. Chociaż jak wychodziliśmy to impreza jeszcze trwała :)
W poniedziałek, 21.02, zaczął się nowy semestr - ostatni już :(
Rano poszłam do pracy na parę godzin, później na zajęcia a wieczorem pojechałysmy (ja, Sekułka, Kurka i Offca) do Kasi świętować minione urodziny Sekułki, pogadać i przy okazji oglądnąć zdjęcia ze ślubu i z pleneru Kasi i Roberta :)
Tak szybko minął nam czas, że dopiero ok północy zaczęłyśmy się zbierać do domów, tzn do samochou bo ładnie poodwoziłam dziewczynki do ich domów :)
We wtorek 22.02, miał miejsce mój pierwszy raz.. jeśli chodzi o zajęcia spinningu, na które wybrałam się razem z Gosią ode mnie z pracy (pozdrawiam z tego miejsca bardzo serdecznie - zgodnie z umową :P). Powiem Wam, że taki spinnning to bardzo fajna sprawa i nawet jak na pierwsze zajęcia nie zmęczyłam się zbytnio, ale to zapewne dlatego, że skupiałam się głównie na utrzymaniu stałego tętna :)
23.02 w środę, po wpisach wybrałam się z Amber na małe zakupy :) Tzn. małe jak małe - nabyłąm dwie pary spodni co następnie uczciłyśmy gorącą czekoladą w Nowej Prowincji :) i fajnie!
W czwartek, 25.02 wieczorem, chcieliśmy iść z Damianem na wystawę zdjęć JEDEN UŚMIECH, ale pech chciał, że tam gdzie akurat była główna ekspozycja, miała miejsce jakaś uroczysta kolacja (?). No trudno. Zamiast tego poszliśmy do Omerty na jakieś piwka Ciechana i jak się okazało rozmowy z barmanami na temat spinningu :) A później, już zgodnie z planem do Opium na małą imprezę posesyjną + urodziny Agatki :) Na koniec znów robiłam za szofera :)
26.02 w sobotę, wraz z Damianem, Natkką i Bartkiem wybraliśmy się do NCKu na jakąś pogadankę p.poż, a co ważniejsze - występ kabaretu OTTO, który miał miejsce zaraz po niej. Oj chłopaki nie wyszli z wprawy! Dawali czadu :) A na koniec można było sobie kupić ich płytkę DVD, zgarnąć autograf lub zrobić sobie zdjęcie. Wybrałam wszystkie 3 opcje :)
Później jeszcze dotarliśmy z Damianem na iminieny jego taty, gdzie wytańczyłam się z Zuzią grając w Wii :)
W niedzielę, 27.02 po południu poszłam sobie na łyżwy - sama, a co! Później do Dominikanó z Damianem, a na koniec razem z Sekułką, Matim, Kurką i Chmurem do kina na Wojnę Żeńsko-Męską. Wojnę, na której nikt nie zginął, mimo iż z nudów umieraliśmy prawie wszyscy.. :)
Byle do marca! :)
skomentuj (5)
Po powrocie z Sylwestra, przyznaję, ciężko było wrócić do szarej, a raczej białej rzeczywistości. Jednak trzeba było ten Nowy Rok zacząć oficjalnie, w codziennych warunkach także.
A te warunki to nic innego jak uczelnia, praca, obowiązki. Przyjemności i wszelkie aktywności również, a jakże :)
Zaczęło się fajnie, 03.01, pierwszego dnia na uczelni już opuściłam zajęcia, aby móc się coś pouczyć na kolosa, którego jak się później okazało - można było pisać innego dnia :) Ech.. za to wieczorem, razem z Damianem wybraliśmy się na małą kolacyjkę do Zakątku, gdzie było miło i smacznie.
Następnego dnia po zajęciach wybraliśmy się z kolei na spacer - z uczelni aż na rondo grunwaldzkie.
W środę, po zajęciach i kilku godzinach pracy, razem z Amber poszłyśmy sobie na łyżwy - ja przy okazji rozdziewiczyłam swoją kartę multisportu :) Pośmigałysmy przez godzinkę, po czym wróciłam do domku :) W drodze powrotnej spotkałam w tramwaju kolege z liceum, który chyba nic się nie zmienił - opowiadał mi, że po 3 latach rozstał się z dziewczyną, z którą już mieszkał i z którą miał już wspólne.. (nie nie plany na przyszłość) łóżko i telewizor! I chyba naprawdę uważał to za bardzo ważne i przykre, że to łóżko i tv zostało u niej :) No ale po poworice do domu, ledwo sobie zdążyłam coś zjeść i co? Już jechałam z powrotem na łyżwy - jeden telefon od Brata wystarczył :) spontan! I fajnie, bo spotkałam wiele osób poza Miśkiem i Eweliną: Maćka, Gosię, Kulsztofa :) I też fajnie posmigałam. Bilans na koniec dnia? 2,5h na łyżwach za jedyne 4 zł :)
06.01 w czwartek, korzystając z dni wolnego (i święta 3 Króli) pojechałam sobie z Mamą odwiedzić Babcię w Tarnowie - fajnie - wyszło z tego stricte babskie spotkanie. Wieczorem pokechałam do Dominikanów, a wracając wstąpiłam do Kaś, gdzie posiedziałysmy chwilę, pogadałyśmy i pooglądałysmy zdjęcia z Sylwestrów :)
W piątek, 07.01 po pracy jechałam do Amber, gdzie razem miałyśmy się uczyć na kolosa z Prognozowania i Symulacji. Zaczęłyśmy od zrobienia sobie obiadku - rybki w sosie cytrynowym z warzywkami, po czym odpaliłysmy excela, Gretla i wzięłysmy się do roboty. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że w ciągu 4h zrobiłyśmy tlyko jedno zadanie składające się z 6 podpunktów i to wcale nie mając pewności, że jest ono zrobione dobrze.
Weekend też minął mi dośćnaukowo: w soobtę część referatu i dalej PiS, niedziela - tlyko PiS (i excel, Gretl..)
10.01 w poniedziałek - tak dla urozmaicenia nie poszłam do pracy, ani na islandzki, ani na zajęcia, tlyko co? Tylko uczyłam się PiSu i rozwiązywałam zadania jak szalona :)
11.01 we wtorek wieczorem wreszcie napisałam to kolokwium. nie obchodziło mnie to jak, ani czy dobrze - najważniejsze, że było już po wszystkim. Skądś jeszcze musiałam wykrzesać siły, aby podziałać z Karolem nad naszym referatem - zeszło nam chyba do 2. Ach te konsultacje przez gadu i maile!
W środę, po nawet udanym referacie, stwierdziłam, że najwyższy czas odreagować te wszystkie stresy i wieczorem, tym razem ze Stevn'em, wybrałam się na łyżwy - posmigałam tak, że już po 1h mnie nogi bolały :)
13.01 w cwartek - tak sobie napięłam grafik tego dnia, że aż się dziwie, że nie padłam nigdzie po drodze :) Najpeirw 8h w pracy, następnie 1,5h zajęć samoobrony na uczelni, później godzina islandzkiego, a na koniec jeszcze godzina na basenie AGHu.. uff :)
14.01 w piątek, po pracy poszłyśmy z Mamą do Le Premier zrealizować nasze prezenty, jakie otrzymałysmy od Miśka na Święta - manicure SPA z malowaniem. I muszę przyznać, że był to bardzo przyjemny zabieg - Miśkowi się udał prezent :)
Wieczorkiem jeszcze, tegoż samego dnia, pojechałam na uczelnię oglądać mecz siatkarek - niestety nasze przegrały 1:3 :/ Później mieliśmy iść z Damianem na coś do kina, ale jakoś tak wyszło, że nam się nie chciało, dlatego przyjechaliśmy obejrzeć coś sobie do mnie :)
15.01 w sobotę, miało miejsce wydarzenie - mianowicie ślub Izz i Maćka :) O 12:00 w USC odbyła się ceremonia, po której wraz z innymi zaproszonymi gośćmi udałyśmy się: ja, Doncia, Kaś na uroczysty obiad do zamku w Przegorzałach :)
Bardzo fajnie było i zabawnie, nawet mimo tego, że jakiś koleś poślizgnął się na posadzce, złamał sobie rękę i darł się przy tym wniebogłosy :) Po obiadku, dla chętnych już tym razem, było takie after party - małe wesele w Bacaracie :) Tzn no, małe jak małe - pobalowałysmy jakoś do 3 :) Śmiesznie było spotkać znajome osoby, których dawno człowiek nie widział :P
W niedzielę w ramach odsypiania i trzeźwienia uczyłam się statystyki pracy, gdyż następnego dnia miałam pisać (i pisałam) egzamin z tegoż przedmiotu :)
17.01 w poniedziałek po egzaminie, który poszedł całkiem nieźle, urządziłyśmy sobie z Amber ploty podczas wszystkich okienek, załapałyśmy się też na obiad razem z Tomkiem i Rafałem na naszej stołówce - nie ma to jak iść i coś zjeść na stołówkę pierwszy raz po 5 latach studiów :)
A po długim wykładzie z etyki poszłam z Damianem na spacer na Starowiślną :)
21.01 w piątek wieczorem, wspólnie z Damianem poszliśmy na koncert zespołu Hurts. Jako support występował Kamp! i chłopaki też dali radę. Za to Hurts zmiażdżyli system, zaczarowali wszystkich, którzy byli w studio - coś niesamowitego!
mam wielki niedosyt ich.. nadal :(
Kolejny weekend i dni to głównie nauka do kolejnych egzaminów i praca od czasu do czasu :)
Za to 29.01 kolejna większa impreza - tym razem BAL MAGISTRA.
Ok godziny 20:00 w Hotelu Fero Express rozpoczął się bal. W 4: ja, Damian, Natkka i Bartek zajęliśmy miejsca przy naszym stoliku nr 7, gdzie siedziało parę znajomych osób z roku.
Okazało się to dobrym wyborem, bo nie dość, że było mega śmiesznie to jeszcze prorektor ds studenckich walnął sobie z nami - jako z jedynym stolikiem - banieczkę :) No bo rektor to był przy każdym stoliku obowiązkowo :P Przy innych stołach też byli jacyś znajomi- Przemo np, który i tak często przychodził do nas :)
Naprawdę - dużo się pośmialiśmy, pojedliśmy, popilismy i porobilismy zdjęć :) Z imprezy wyszlismy jakoś przed 5 :P
Pamiętam, że w niedzielę jak już wróciłam do domu miałam mega zwolnione oborty :) ale co tam - czasem trzeba :)
31.01 w poniedziałek, korzystając z wolnego dnia od pracy, w ramach przerwy od nauki pobawiłam się coś tam z Bizkitem na polku. I właśnie wtedy odwiedził mnie Maciek, który postanowił wpaść na kawę przejeżdżając obok mojego domku :) Taki mały Prezent, z okazji imienin, które były dnia poprzedniego :) Miły akcent na zakończenie tego pierwszego miesiąca nowego roku! :)
Czekam na luty.. :)
skomentuj (4)